Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
wydarzenie
06.03.2016 08:00

Dziewczyny po chemii potrzebują warkoczy. Masz jakiś w pawlaczu?

Marlena osobno układa blondy, średnie brązy, czarne i farbowane. Za pół roku wrócą do niej utkane na czepku.

Podziel się
Dodaj komentarz
(fot. Dorota Ziemkowska, Money.pl)

Ten reportaż przeczytać możesz:

w wersji klasycznej;hideDw('verChoose'); ) w wersji multimedialnej;showDw('FWrHair');hideDw('verChoose');hideDw('mainHeader');hideDw('mainFooter');bodyScroll('hidden');showDw('fixedHeader'); )

Na firmowej imprezie usiadła pod ścianą, jak zwykle. Przykuwała wzrok burzą włosów w koniakowym blondzie. Nauczyła się, żeby siadać tak, by nikt jej nie zaszedł od tyłu. Kiedyś taki jeden się zaczaił. Miała dwa warkocze. Chciał ją szarpnąć. Dla żartu, jak w podstawówce. Dobrze, że złapała się za grzywkę, bo by został z tymi warkoczami w ręku.

Po dziesięciu latach od chemioterapii Anecie nadal nie odrosły włosy. Przynajmniej nie wszystkie. Te, które ma, są rzadkie i cienkie. Musi nosić peruki. Dwie, zużyte już do cna, trzyma nadal w szafie. Chyba przez sentyment.

Pierwszą dostała od bratowej jeszcze w szpitalu. Włosy były ciemne, jak jej. I gęste. Gryzły ją w kark i przytłaczały wychudzoną twarz. Peruka była syntetyczna, więc kiedy dotykała jej palcami, kosmyki wydawały się sztywne, jakby przetłuszczone.

Druga miała złociste, naturalne włosy. Pojechała po nią do perukarni aż na warszawską Pragę. Z ojcem. Lepiej, żeby była sama...

- Zdarza się, że ktoś mocno namawia, przekonuje do jakiegoś modelu. Nic z tego, to tak nie zadziała - przekonuje Anna Pietrzak z firmy Rokoko. Od lat pomaga kobietom po chemioterapii wyglądać jak przed kuracją. - Radzimy, by była to decyzja osoby, która będzie tę perukę nosić. Jeśli kobieta sama nie będzie pewna, w czym dobrze się czuje, odrzuci taką perukę prędzej czy później. To jest zbyt osobista rzecz, żeby ją wybrać pod czyimś wpływem.

Kiedyś Aneta trzy razy wracała do salonu, bo uparła się na koniakowy blond, a jakoś nie mogła trafić. Innego nie chciała. Wolała kilka tygodni paradować w chustce na głowie. Już i tak przywykła do ciekawskich spojrzeń.

A sprzedawczynie z Warszawy patrzyły na nią bez większych emocji. Widziały klientki, które szukały w perukach wiernej kopii fryzury sprzed choroby. Widziały i "kolorowe ptaki", które kochały się przebierać - kupowały po dwie, nawet trzy sztuki i bawiły się nimi, dopasowując do stroju lub nastroju.

- Całe życie chciałam mieć jasną czuprynę, no to mam. A poza kolorem, życie z peruką niewiele się różni od tego sprzed chemii. Oczywiście, jeśli ma się taką z naturalnych włosów - przekonuje Aneta, choć wie, że trudno w to uwierzyć.

Więc zaraz tłumaczy: pierze ją w zwykłym szamponie. Latem wilgotną narzuca na głowę i pozwala jej schnąć na wietrze. Gdy zapomni parasola, klnie pod nosem, bo fryzura oklapuje i trzeba ją potem suszyć i układać lokówką. U fryzjera nie musi się nawet przyznawać, że to nie jej włosy. Wystarczy, że podklei perukę od środka cienką taśmą, żeby się nie przesunęła i może sobie życzyć, czego chce: mycia, farbowania, podcinania rozdwojonych końcówek... Bo w perukach też się rozdwajają!

Właściwie mogłaby w niej nawet spać, tylko po co? - Włosy wycierane o poduszkę robią się słabsze i łamliwe. Bądź co bądź, są przecież martwe. Lepiej je oszczędzać. Dzięki temu można nosić nawet ze dwa lata.

Tylko w jednym miejscu Aneta zawsze śpi w peruce - w domu kuzynki. - Ona ma kilkuletnią córeczkę, nie chcę jej przestraszyć - odruchowo zniża głos. Nie zapomni wielkich, zdziwionych oczu innego, małego dzieciaka, który z ciekawości pociągnął ją kiedyś za mocno za włosy i został z nimi w pulchnych rączkach.

fragmenty listów od kobiet, które podarowały włosy na peruki, czyta Małgorzata Dwornik

- Znam babeczki, które nie są w stanie żyć w peruce. Myśleć o niej przy dzieciach, w przeciągach i przy znajomych, którzy nie wiedzą o chorobie. Zakładają ją i czują się jak w czapce. Bo na początku to właśnie takie uczucie - przekonuje Aneta. - Gumka wżyna się w ciało, cudze włosy denerwują. I niektóre z nas nie są w stanie sobie z tym poradzić. Kupują perukę i chowają do kartonu. Ale dyskomfort mija, wystarczy trochę w tym posiedzieć, opatrzeć się.

Czasami klientki siedzą w przymierzalni salonu Rokoko długimi kwadransami. Zamykają się na metalową zasuwę i wpatrują w lustro. Zwykle nie przychodzą same. Są rodzice, mężowie, a przy dziesięciu osobach już jest tłok. Bywa, że trzeba studzić emocje.

Jedna ze sprzedawczyń zdejmuje kilka kasztanowych czupryn i podaje klientce. Laik nie rozpozna, która jest naturalna, która syntetyczna. Lśnią jednakowo w blasku świetlówki, nawet uczesane są podobnie - ot dłuższa fryzurka, najczęściej z grzywką. Zdradzi je tylko dotyk - prawdziwe włosy są miękkie i swobodnie przeciekają między palcami. Sztuczne, rozcierane opuszkami wydają się suche i sztywne.

Nie dziwi, że o wyborze zwykle decyduje cena. Za pierwsze trzeba zapłacić od 250 do 1500 złotych, drugie kosztują dwa razy więcej. I to te najtańsze. Uczesanie i tak można potem dobrać w zakładzie fryzjerskim firmy, jakieś 200 metrów dalej, w drugiej kamienicy. Pracownice w białych uniformach układają grzywkę, podcinają końcówki, niekiedy mocno skracają długość włosów. Jedynie na ścięcie "na chłopaka" nie ma szans, bo wtedy baza, czyli materiałowy czepek, byłyby za bardzo widoczny.

- Tylko która z kobiet po chemii by marzyła na przykład o jeżyku? - mruczy pod nosem Aneta. - Bez włosów czujemy się przecież nieatrakcyjne i wciąż chore. To jest niewiarygodne, jak wygląd może wpłynąć na stan zdrowia, szczególnie u kobiet.

Dlatego niektóre do ostatniej chwili bronią się przed tym, żeby ogolić głowę. Tylko nieliczne przed chemią przychodzą do Rokoko, żeby ściąć włosy i oddać je na peruki dla innych. Czasami marzą, by dla siebie. Skrzykują się ze znajomymi, chcą uzbierać akurat tyle kosmyków, by starczyło na tę jedną głowę. Nic z tego, produkcja trwa zbyt długo.

- Poza tym nie ma możliwości pilnowania i śledzenia drogi każdego warkocza, skoro co tydzień przychodzą ich do nas dziesiątki, jeśli nie setki - zastrzega Anna Pietrzak.

fragmenty listów od kobiet, które podarowały włosy na peruki, czyta Małgorzata Dwornik

Rokoko skupuje pukle od zaprzyjaźnionych fryzjerów, albo płaci za nie klientkom własnego salonu. Za kilogram daje od 170 do nawet ponad 2 tysięcy złotych, w zależności od długości. - Cennik przemawia do wyobraźni, ale ludzie zapominają, że po ścięciu włosy ważą mniej niż 100 gramów - Marlena Kołodziejczak czasami śmieje się, że przychodzą je sprzedać i się im wydaje, że samochód za to kupią. Tymczasem najwięcej, bo blisko 800 złotych dostała mała dziewczynka, która przyjechała zaraz po komunii. Miała ogromny blond warkocz. Teraz kupi sobie komórkę.

Wszystkie włosy na peruki sortuje właśnie Marlena. Mozolnie rozkłada je do pudełek. Osobno blondy, średnie brązy, czarne i farbowane. Potem jeszcze dzieli stosownie do długości: dwudziestokilkucentymetrowe, trzydziesto-, czterdziesto -...

Dłuższe, jak te ostatnie, są ewenementem, ale krótsze niż 25 centymetrów trafiają od razu do kosza. Jeszcze kilka lat temu by przeszły, ale moda się zmieniła. Kobiety najbardziej chcą fryzury do ramion. Poza tym 10 cm idzie na węzeł, którym kosmyki przyczepia się do bazy. Nikt się "ścinkami" nie będzie bawił. W peruce wszystkie włosy muszą być jednakowej długości. A na jedną potrzeba materiału z pięciu, a nawet sześciu głów. I to podobnych do siebie kolorem i budową włosa.

Czasami z jakimiś kosmykami trzeba dłużej poczekać. Bo na przykład do Rokoko przyjdą włosy Azjatki - cienkie, matowe i o tym typowym, dziwnym odcieniu czerni, niemal granatowym. I pracownice się głowią - z czym to połączyć? Nie ma rady, trzeba czekać na kolejne przybyszki we Wschodu. Szczęście, że taki towar może leżeć tygodniami i nic mu się nie dzieje. Byle go tylko trzymać w suchym miejscu.

Marlena jednak zarzeka się, że takie przestoje to rzadkość. I posortowane włosy niemal od razu jadą na pół roku do fabryki. Gdzie? Tego w Rokoko strzegą jak największego sekretu. Niemal równie uparcie, jak tajników produkcji. Zdradzają tylko niechętnie, że kosmyki są tam rozczesywane, długo i dokładnie. Podczas tego zabiegu połowa trafi do utylizacji. Odpadną za krótkie, cienkie i połamane. Potem te najlepsze tka się na czepku. Z przodu podpina go jeszcze sztuczną skórą, żeby kobieta mogła bez skrępowania usiąść w tramwaju. Bez obawy, że ktoś patrząc z góry rozezna się, że to sztuczka.

Do fabryki Rokoko wysyła jednak jeszcze inne włosy. Za te nikt nie dostał złamanego grosza. Wyglądają podobnie, jak te kupione. Ale z nich powstają peruki, które trafiają do chorych kobiet za darmo. Przychodzą zwykle raz w tygodniu, w kopertach, najczęściej splecione w warkocze, związane ciasno gumkami. Marlena rozplata te gumki i nie może się powstrzymać. Odkłada na bok, zwłaszcza kolorowe, z plastikowymi figurkami lub koralikami. I chowa do swojej przedziwnej kolekcji. W tym czasie Anna Pietrzak z salonu zagląda do kopert, czy czasem ktoś nie dołączył listu, laurki. Ciekawsze wpina do segregatora, który trzyma na zapleczu. Czasami pokazuje go klientkom.

fragmenty listów od kobiet, które podarowały włosy na peruki, czyta Małgorzata Dwornik

Wszystkie te koperty przyjeżdżają do Rokoko z niewielkiego mieszkania przy ulicy Bagatela w Warszawie. W środku tygodnia spora część długiego pokoju zastawiona jest tam wielkimi, płóciennymi workami pocztowymi. Zajmuje się nimi Kamila Stępień z fundacji Rak and Roll, która od 2011 roku zbiera włosy i przekazuje je perukarni.

- Przez pierwsze trzy lata akcji Daj Włos warkocze wysłało nam ponad 6 tysięcy osób. W samym 2015 roku już blisko 10 tysięcy. A z tego wszystkiego powstało produktów za ponad milion osiemset tysięcy złotych - wypala jednym tchem Kamila. Żeby dostać któryś z nich, trzeba zgłosić się do Fundacji z receptą z NFZ na perukę. A ponieważ kolejki są spore i chętnych więcej jak towaru, ważne są również na przykład dochody chorej.

- To wszystko trzeba spisać, wysłać nadawcom podziękowania, bo zdarza się, że wydzwaniają, dopominają się. Nasi wolontariusze mają pełne ręce roboty! - Kamila grzebie w workach pełnych kopert z całej Polski, ale też z zagranicy: Niemiec, Anglii, Węgier, a nawet z USA. - Po weekendzie przychodzi nawet koło stu przesyłek. Listonosz wygląda jak Mikołaj, kiedy nam to wszystko rzuca do pokoju. Jeszcze jak nie wie, co to jest, to sobie żartuje. A potem blednie. To się jeszcze, niestety, niektórym źle kojarzy...

Rzeczywiście, ucięte warkoczyki na początku jakoś dziwnie ciążą na ręku. Wyglądają jak coś martwego, bezbronnego. Trzeba się z nimi trochę oswoić, ułożyć w głowie, po co to wszystko.

A zdarza się, że ktoś prześle coś daleko odbiegającego od standardów. A te są takie: włosy mają być splecione w warkocz, mocno ściśnięty gumkami, wysuszone, opisane, gdzie nasada, gdzie końcówka. Tymczasem Kamila wyciąga czasem garść pociętych, dziesięciocentymetrowych końcówek, którymi ktoś wypchał kopertę jak poduszkę. Ale nie szuka w tym złośliwości.

- Czasami ludzie dowiadują się o akcji już po ścięciu włosów i zbierają je z podłogi u fryzjera. Myślą, że może to się na coś nada - uśmiecha się łagodnie. Inni owijają w kolorowe papiery, chowają do kartonów po herbacie lub po czekoladkach. I dołączają fikuśne ozdoby do włosów lub listy do kobiet, którym chcą pomóc.

Kiedyś do Kamili napisała starsza kobieta, musiała mieć pod osiemdziesiątkę. Sprzątała pawlacz i znalazła w nim długi warkocz, który ścięła po maturze. - Pani to weźmie, prawda? - dopytywała się. Kamila wzięła. Był trzymany w suchym. Nawet się nie zakurzył.

fragmenty listów od kobiet, które podarowały włosy na peruki, czyta Małgorzata Dwornik

ZOBACZ REPORTAŻ W WERSJI MULTIMEDIALNEJ;showDw('FWrHair');hideDw('verChoose');hideDw('mainHeader');hideDw('mainFooter');bodyScroll('hidden');showDw('fixedHeader'); )

;showDw('verChoose');showDw('mainHeader');showDw('mainFooter');bodyScroll('auto');hideDw('fixedHeader');)
;)

Tagi: wydarzenie, wiadomości, pomysł na biznes, gospodarka, najważniejsze, msp
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz