Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Kolibski: po ujednoliceniu podatku pracownicy powinni dostać podwyżkę

Kolibski: po ujednoliceniu podatku pracownicy powinni dostać podwyżkę

Fot. fotolia.com

 

Ujednolicenie podatku w 2018 r. będzie wiązać się z podwyżką wynagrodzeń dla pracowników, która - teoretycznie - powinna być neutralna dla pracodawców - mówi PAP partner w kancelarii KNDP Marek Kolibski. Według niego zmiana może mieć jednak konsekwencje dla firm związane np. z prawem pracy.

PAP: Jak Pan ocenia pomysł wprowadzenia jednolitego podatku zapowiedziany przez szefa Stałego Komitetu Rady Ministrów Henryka Kowalczyka, ze stawkami w przedziale 19,5 proc. - ok. 40 proc.?

Marek Kolibski: Idea jest słuszna. Upraszczanie systemu zawsze zasługuje na poparcie, ale obecnie nie jest chyba najlepszy moment na wprowadzanie takich zmian. Planowany jednolity podatek będzie oznaczał bezprecedensową podwyżkę podatków dla przedsiębiorców. Trudno to pozytywnie ocenić, skoro mówimy o potrzebie inwestycji w najbliższych latach.

Zgadzam się, że powinien zostać zmniejszony klin podatkowy dla pracowników, ale to powinno mieć miejsce 10 lat temu, kiedy Polacy masowo wyjeżdżali np. do Irlandii, albo pięć lat temu, kiedy mieliśmy 12-13-proc. bezrobocie. To by się przyczyniło do naturalnego wzrostu zatrudnienia dużo wcześniej i do wzrostu gospodarczego. Dziś bezrobocia prawie nie ma i brakuje rąk do pracy.

Poza tym dzisiejszy system, jakikolwiek by nie był, obowiązuje od 25 lat i zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić. Tysiące osób zajmujących się rozliczeniami - księgowe, doradcy podatkowi, właściciele firm, pracownicy - zdołało opanować te zasady, mają je w jednym palcu. Księgowe systemy informatyczne zostały do niego dostosowane, a dzięki ich synchronizacji z bankowością online nie jest problemem naliczenie i sprawne opłacenie ośmiu składek oraz zaliczki na PIT.

Według słów pani premier Szydło nowy podatek zlikwiduje niesprawiedliwy podział płacenia danin w Polsce, ale też ma premiować przedsiębiorców. A Pan mówi o "bezprecedensowej" podwyżce podatków?

Dla większości podatników podatku liniowego obciążenie wzrośnie do 40 proc., co oznacza bezprecedensową podwyżkę. Mówimy o ogromnej grupie obywateli, która zostanie wręcz poturbowana zmianami. Z danych MF dotyczących rozliczenia podatku dochodowego za 2014 r. wynika, że podatnicy liniowi wykazali wówczas 97 mld zł dochodu i odprowadzili podatek w wysokości 16,7 mld zł, a razem ze składkami 22,8 mld zł. Przedsiębiorca opodatkowany liniowo zarabiający rocznie 90 tys. zł (7,5 tys. zł miesięcznie) ma efektywną stawkę ZUS plus PIT w wysokości 28,5 proc. Ale to minimalny próg wejścia w ten sposób opodatkowania powodujący, że podatek liniowy się opłaca. Poniżej tego progu korzystniejsze jest opodatkowanie według skali, można bowiem korzystać z ulg i zwolnień oraz wspólnego rozliczenia z małżonkiem. Przy 150 tys. zł efektywne obciążenie podatkiem i składkami wynosi 24,7 proc. Natomiast przeciętny dochód podatnika podatku liniowego to 204 tys. rocznie. Przy takim dochodzie efektywne obciążenie wynosi 23,2 proc. W przypadku przedsiębiorców zarabiających 500 tys. rocznie efektywne opodatkowanie to 20,7 proc. a przy milionie złotych dochodu - 19,8 proc. Jeżeli po zmianach podatek wzrośnie do 40 proc., to możemy mówić o drastycznej podwyżce. W sumie podatnicy liniowi wpłaciliby wówczas do budżetu ponad 16 mld zł więcej, zamiast obecnej kwoty ZUS i PIT 22,8 mld wpłaciliby 38,9 mld jednolitej daniny.

Dane te świadczą o tym, że w rzeczywistości mamy degresję podatkową?

Tak, ale winowajcą nie jest degresywna skala podatkowa, tylko zryczałtowana stawka na ubezpieczenie społeczne. Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego mamy ryczałtowy ZUS dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Jest to element zawartego przez państwo swego rodzaju paktu z osobami prowadzącymi biznes, w którym państwo mówi: nie pobieramy od was wysokich składek, ale potem radźcie sobie sami; oszczędzajcie, gromadźcie kapitał, nie przychodźcie do państwa po wysokie emerytury, zasiłki czy renty. Jeśli niskie emerytury i renty pozostaną dla tej grupy po staremu, a wzrośnie dwukrotnie sama część podatkowa, to przedsiębiorcy poczują się okradzeni i oszukani.

Musimy też pamiętać, że opowiadanie o tym, że przedsiębiorcy zaczynający działalność gospodarczą, którzy zarabiają najmniej, są mocno obciążeni składkami, nie jest do końca prawdą. Przez pierwsze dwa lata działalności składki na ZUS są bowiem minimalne, gdyż wynoszą 176 zł miesięcznie, zaś składka zdrowotna wynosi 40 zł. Realny koszt tych składek to 216 zł miesięcznie.

Tak czy inaczej, obciążenie najwięcej zarabiających przedsiębiorców jest efektywnie niższe niż opodatkowanie znacznie mniej zarabiających pracowników zatrudnionych na umowę o pracę. Jaka jest efektywna stawka dla takiej osoby o dochodzie w wysokości np. ok. 85 tys. zł?

Obecnie dla 85 tys. zł efektywna stawka wynosi 42 proc. Jeżeli więc przyjmiemy, że maksymalna stawka w wysokości 40 proc. ma mieć zastosowanie do dochodów powyżej 120 tys. zł, to zmiana na pewno będzie korzystna dla osób o takich dochodach lub niższych. Zarabiający na etacie mniej, np. 60 tys., także mają efektywne obciążenie w wysokości 42 proc. Muszę zastrzec, jak liczona jest efektywna stawka, bowiem często popełnia się tutaj błędy. Do całkowitych dochodów należy doliczyć koszty ponoszone przez pracodawcę, które stanowią dodatkowe ok. 20 proc., czyli "ubruttowić" płacę brutto. Łączne obciążenie wynagrodzenia podatkami i składkami należy obliczyć od otrzymanej w ten sposób kwoty. Błędne jest zaś liczenie proporcji sumy obciążeń pracownika i pracodawcy do płaty brutto, gdyż wówczas otrzymany wprowadzające w błąd rzekome 50 proc. obciążenie płacy.

Czy w zmianach jest miejsce na wprowadzenie kwoty wolnej do podatku i zrealizowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w tym zakresie?

Kwota do 8 tys. zł mogłaby być zwolniona z podatku, ale obciążona składkami na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne w wysokości 19,5 proc. Do tej kwoty państwo pobierałoby tylko "część społeczną" jednolitej daniny, a powyżej - cały jednolity podatek. To by oznaczało zarówno spełnienie obietnic przedwyborczych PiS oraz dostosowanie do orzeczenia TK. W kampanii wyborczej nie było mowy o tym, że kwota wolna ma być zwolniona z ZUS-u. Nie wynika to także z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego kwoty wolnej. Tym samym kwestię kwoty wolnej mielibyśmy załatwioną w progach. Nie wiemy jednak, jaka byłaby kolejna stawka i następne, z wyjątkiem maksymalnej na poziomie ok. 40 proc.

Jeżeli zmiana wejdzie w życie zgodnie z planami rządu, to w 2018 r. - w wyniku doliczenia do pensji składek ponoszonych przez pracodawców - dostaniemy ponad 20-proc. podwyżkę wynagrodzeń brutto?

Jeżeli mamy mieć jednolitą daninę, która bazuje na efektywnym obciążeniu i która ma zastąpić wszystkie składki i podatki, to nie może być tak, że pracodawca po 2018 r. nadal będzie odprowadzał swoją część składek; większość rentowej, połowę emerytalnej, na fundusz pracy i składkę wypadkową. To oczywiste, w przeciwnym razie ta zmiana nie miałaby sensu. W takim razie wszyscy powinniśmy dostać podwyżkę wynagrodzeń. Czeka nas zatem kolejne ubruttowienie płac. Teoretycznie dla pracodawców powinno być to neutralne finansowo, ale może mieć istotne konsekwencje wynikające np. z prawa pracy, dotyczące m.in. odszkodowań, wyrównań itp., które odnoszą się do wynagrodzenia brutto. Ono przecież wzrośnie średnio o ok. 22 proc. Współczuję urzędnikom, którzy do połowy listopada mają przygotować projekt ustawy. To będzie bardzo trudne, ciężkie zadanie - jeżeli projekt ma uwzględnić wszystkie konsekwencje wynikające ze zmiany. Trudno mi też uwierzyć, że aparat skarbowy w ciągu jednego roku będzie gotów na techniczne wdrożenie nowej daniny, tym bardziej, że będzie ona jednolita tylko po stronie pracownika i płatnika, ale po stronie państwa musi być rozdzielona na poszczególne fundusze i konta w ZUS. Mam nadzieję, że reforma nie zostanie wprowadzona w kształcie obecnie zapowiadanym.

Dlaczego?

Bo oznaczałoby wyjęcie z kieszeni przedsiębiorców ogromnej kwoty. Jeżeli do tego dodamy wzrost do 40 proc. obciążeń dla pracowników kontraktowych, którzy po przekroczeniu dochodu w wysokości 120 tys. zł przestają płacić ZUS, to do budżetu trafiłoby w sumie dodatkowe ok. 20 mld zł. Nie wiem, czy jakakolwiek gospodarka wytrzymałaby to na dłuższą metę. To gigantyczna kwota do redystrybucji. Tymczasem mamy plan Morawieckiego, który zakłada wzrost inwestycji firm. Jeżeli te pieniądze zostaną zabrane przedsiębiorcom, to nie zostaną zainwestowane. Musimy zdawać sobie sprawę, że w praktyce przedsiębiorcy nie wypłacają sobie ich w formie zysku, w większości oszczędzają i inwestują. To są pieniądze firm, nie są przejadane i przeznaczane na konsumpcję przez ich właścicieli.

Poza tym przedsiębiorcy nie zaakceptują grzecznie prawie dwukrotnego wzrostu opodatkowania. Możemy się spodziewać optymalizacji podatkowej na dużą skalę, szukania legalnych albo półlegalnych metod zmniejszenia podatku, zmiany formy prawnej prowadzenia działalności na CIT, czy też przenoszenia części działalności do sąsiednich krajów. Należy też pamiętać, że zwiększony koszty podatku mogą być przerzucane na dostawców przez zmniejszenie cen lub na konsumentów przez wzrost cen. Przedstawiciele wolnych zawodów, np. lekarze, prawnicy, notariusze, architekci, księgowi i aptekarze, chcąc zachować w kieszeni dotychczasowe zarobki będą musieli podnieść stawki lub zmniejszyć wynagrodzenia swoim pracownikom.

Z przejścia na CIT co prawda nie skorzystają samozatrudnieni, dla których dochód z wystawionej faktury to realne wynagrodzenie, ale większość podatników podatku liniowego to prawdziwe firmy; spółki jawne, cywilne, komandytowe, jednoosobowi przedsiębiorcy, którzy zatrudniają po kilkadziesiąt osób. Jeżeli zmienią formę prawną na spółkę z o.o., to skorzystają z liniowego CIT-u w wysokości 19 proc. Właściciele, zamiast wypłacać zyski z firm, podpiszą ze swoimi spółkami kontrakty menadżerskie na nieduże kwoty i będą czekać na lepsze czasy.

podatki, wynagrodzenia, jednolity podatek
PAP
Czytaj także
Polecane galerie
robert
2016-11-01 21:59
Podatek liniowy to patologia umożliwiająca płacenie pracownikowi pieniędzy bez zusu
Janek Niemowa
2016-10-25 09:20
Znowu ktoś pisze bzdury bez sprawdzenia - poziom dziennikarstwa spada na psy:
"Przez pierwsze dwa lata działalności składki na ZUS są bowiem minimalne, gdyż wynoszą 176 zł miesięcznie, zaś składka zdrowotna wynosi 40 zł. Realny koszt tych składek to 216 zł miesięcznie."
Składka dla "początkujących" to ponad 500 PLN
xxx
2016-10-21 22:46
Trzeba też pamiętać, że podatek trzeba zapłacić od niezapłaconych faktur, inwestycji, magazynu...
Pokaż wszystkie komentarze (53)