Pan zapłaci, pani zapłaci. Na daninę solidarnościową zrzucą się szefowie każdego pracownika i przedsiębiorcy

Pan zapłaci, pani zapłaci. Na daninę solidarnościową zrzucą się szefowie każdego pracownika i przedsiębiorcy

Nową daninę zapłacą nie tylko najbogatsi, jak obiecywał premier Fot. Wojciech Pacewicz
Nową daninę zapłacą nie tylko najbogatsi, jak obiecywał premier

Premier Mateusz Morawiecki w kwietniu obiecywał, że tzw. daniną solidarnościową objęci zostaną tylko najbogatsi. W rzeczywistości zapłaci ją każdy pracodawca i przedsiębiorca w Polsce. W dodatku o jej wysokości co roku będą decydować posłowie.

- Danina solidarnościowa, jeśli będzie w jakiś sposób odczuwalna, to tylko dla tych, którzy będą naprawdę w pół procenta najwyżej zarabiających - mówił w kwietniu premier Mateusz Morawiecki. Dokładnie w tym samym czasie w Sejmie trwał protest opiekunów osób z niepełnosprawnością oraz samych niepełnosprawnych. Choć przedstawiciele rządu wielokrotnie deklarowali, że finanse publiczne są w świetnym stanie, to spełnienie jedynie części postulatów protestujących wymagało stworzenia nowego podatku. Dosyć szybko okazało się, że na nowo tworzony Fundusz zrzucą się wszyscy Polacy, nie tylko "pół procenta najlepiej zarabiających".

Najpierw wspomniała o tym minister finansów Teresa Czerwińska, gdy prezentowała założenia dokumentu. Przyznała, że część dochodów Funduszu Wsparcia Osób z Niepełnosprawnością będzie pochodziła z celowej daniny, a część z Funduszu Pracy (FP). Na ten drugi zrzucają się wszyscy przedsiębiorcy oraz pracodawcy. Składka na FP jest obowiązkowym elementem kosztu zatrudnienia.

 

Choć w ocenie skutków regulacji ukryto liczbę osób objętych obowiązkiem opłacania składki na FP, a wyszczególniono jedynie nieprawdziwą liczbę 21 tys. najbogatszych (ich obejmie dodatkowa danina), to wiadomo, że w Polsce jest około 12 mln pracowników. Do tego trzeba doliczyć niemal 3 mln samozatrudnionych. Nie zapłacą m.in. duchowni.

Zobacz też: podatek dla najbogatszych to "socjalizm czystej krwi":

 

 

Ostatecznego dowodu dostarczył opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji projekt ustawy. Wynika z niego jasno, że w pierwszym roku obowiązywania obecna składka na Fundusz Pracy nie wzrośnie, ale będzie dzielona. Z 2,45 proc. do Funduszu Pracy będzie trafiać jedynie 2,30 proc., a 0,15 proc. wspomoże nowy pomysł rządu. Gorzej, że autorzy otwarcie nazywają sytuację przejściową. Wysokość składek ustalana będzie rokrocznie przez posłów w trakcie prac nad ustawą budżetową. Czy to oznacza, że od 2020 r. będziemy płacić więcej?

- Myślę, że to możliwe. W przeciwnym razie przepisy nie byłyby tworzone w ten sposób i nie budowanoby fasady tymczasowości. Teza o możliwości zwiększenia opodatkowania pracy jest niestety uzasadniona. Kierunek jest generalnie zły - mówi w rozmowie z money.pl wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Marcin Nowacki.

- Ostatecznej opinii, którą prześlemy w ramach konsultacji publicznych, jeszcze nie mamy, ale na pewno jesteśmy bliżej opinii negatywnej niż chociażby neutralnej. To kolejne zwiększenie opodatkowania pracy, a na tym tracą przede wszystkim zatrudnieni - dodaje Nowacki.

Nieco inaczej sprawę komentuje w rozmowie z nami rzecznik rządu. - Danina solidarnościowa składa się z dwóch "etapów". Po pierwsze, najbogatsi płacą 4 proc. od nadwyżki dochodu powyżej miliona złotych. Po drugie, jest 0,15 proc. ze składki na Fundusz Pracy, a jej wysokość co roku określa ustawa budżetowa - tłumaczy Joanna Kopcińska i dodaje, że "nikomu składka w żaden sposób z powodu daniny nie wzrośnie". Można przyjmować to za dobrą monetę, choć jeśli posłowie zdecydują o jej wzroście po 2020 r. trudno będzie ją tłumaczyć czymkolwiek innym niż włączeniem w jej "skład" elementu daniny solidarnościowej.

Oczywiście nikt nie neguje potrzeby pomocy osobom niepełnosprawnym, ale uzależnianie jej od kolejnych podatków i posługiwanie się przez szefa rządu kłamstwami nie wydaje się być najlepszym pomysłem. Zwłaszcza że nie jest to pierwszy raz w tej jednej sprawie.

Mateusz Morawiecki minął się z prawdą, gdy mówił o podwyżkach

Tym, co w projekcie również rzuca się w oczy, jest "wyciągnięcie" z budżetu Funduszu Pracy ponad pół miliarda złotych - dokładnie 647 mln zł - i brak choćby jednego zdania w ocenie skutków regulacji poświęconego konsekwencjom takiego działania. W końcu pieniądze wpłacane na FP są wydawane m.in. na zasiłki dla bezrobotnych, roboty publiczne czy szkolenie osób pozostających bez pracy. Zachwyceni jego zmniejszeniem nie będą także przedstawiciele służby zdrowia - z FP pochodzą pieniądze na finansowanie stażów podyplomowych białego personelu.

- To stawia pytanie o celowość istnienia Funduszu Pracy. Wydaje się, że powinniśmy rozpocząć debatę o jego funkcjonowaniu - mówi wiceprezes ZPP. O efekty zmniejszenia wpływów do FP zapytaliśmy resort rodziny, pracy i polityki społecznej. W odpowiedzi dowiedzieliśmy się, że zmniejszenie podstawy składki niczego nie zmieni, bo jej obecny poziom pozwala na tworzenie nadwyżki w jego budżecie. Zapewniono nas także, że mamy do czynienia z projektem, "zatem ostateczny kształt projektu może jeszcze ulec zmianie".

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

niepełnosprawni, fundusz pracy, zpp
Czytaj także
Polecane galerie