Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
Dorota Ziemkowska
|

Biznes na złocie, którego... nie da się wydobyć

0
Podziel się:

W ciągu zaledwie kilku lat stała się potentatką w regionie. Najpierw jednak musiała zastawić wszystko, co miała.

Kiedy Elżbieta Szumska remontowała budynek pod muzeum, które otworzyła przy swojej kopalni, trafiła na poniemiecki napis, mówiący o tym, że Bóg błogosławi górnictwu i chroni jego ludzi
Kiedy Elżbieta Szumska remontowała budynek pod muzeum, które otworzyła przy swojej kopalni, trafiła na poniemiecki napis, mówiący o tym, że Bóg błogosławi górnictwu i chroni jego ludzi (Dorota Ziemkowska, Money.pl)

Od kilku miesięcy Elżbieta Szumska nie oprowadza już turystów po swojej kopalni. Nie może. Pracownicy jej zabronili, bo się rozgadywała i w korytarzach robiły się zatory. Tak ją to pochłaniało, że kilkuletnia córa Małgosia, żeby częściej widzieć matkę, wycięła dziury w jutowym worku i biegała za nią po tunelach strasząc gości i piszcząc, że jest gnomem.

Ale lata mijają i ten worek staje się na córę za kusy. A w Złotym Stoku mieszka karzeł, bardzo schorowany. Ma wielki garb i prawie nie mówi. Właścicielka kopalni staje mu na wycieraczce i od progu rzuca: „Panie Gienku, jest sprawa, szukam gnoma. Tam praktycznie nic nie trzeba robić, wystarczy, że się pan kilka razy dziennie przejdzie po korytarzach”. Karzeł łypie na nią spod oka. „Ile?!” mruczy wreszcie. I Elżbieta już się cieszy: „mam cię!”

Oprowadza kilka miesięcy później grupę studentów i profesora. Ledwie uchodzą kilka metrów, przewodniczka pokazuje ułupany ze ściany fragment skały, który kruszy się w palcach jak modelina. „To łupek błyszczykowy, wyjątkowo miękki...” – zaczyna. „No dobrze, ale co wy tu macie wyjątkowego?” – wypala naukowiec. „A chociażby gnomy” – odpowiada. Gość wydyma wargi i już wiadomo, że z nim będzie przeprawa. Szczęściem zza załomu do wyjścia drepcze pan Gienek, bo mu się świece skończyły. Mijając ich coś bełkocze o długim spacerze i zmarnowanym czasie. „No nie ma, co panu poradzę” – wzdycha Elżbieta i z manierą przewodnika wypala do grupy: „Jakieś pytania?”. „Aaa, co on je?”. „Gruszki” – ucina i prowadzi ich w ciemności zadowolona, jakie wrażenie zrobił ich duet.

Jednak jeszcze kilka lat temu nie było tak kolorowo. Jej początek szefowania w kopalni wygląda tak: rano sprzedaje bilety, później biegnie z turystami do kopalni, a wieczorem przegląda rachunki. Marszczy czoło, bo miesiące mijają, a biznes na siebie nie zarabia. Dlatego nie ma za co zatrudnić nowych ludzi i muszą sobie radzić w dziesięć osób.

Jednak z nich wszystkich to ona ma najwięcej do stracenia. Żeby dostać kredyt zastawia wszystko, co ma – całe poniemieckie gospodarstwo na 140 hektarach, na którym pracowała przez dwadzieścia trzy lata. Elżbieta chce za nie kredyt na 600 tysięcy złotych. Mówi, że to na kopalnię złota.

Bankowcy najpierw koniecznie chcą zobaczyć ten biznes na własne oczy. Przyjeżdżają do Złotego Stoku w garniturach i pod krawatem. Elżbieta od razu zabiera ich pod ziemię i przeczołguje po pustych, wilgotnych korytarzach. – Mówiłam do nich językiem wyobraźni – wspomina. – Pokazywałam, które zawaliska trzeba przekopać, co w nich ustawić, gdzie pociągnąć kolejkę, a gdzie puścić łódź...

Głos przewodniczki oprowadzającej urzędników odbija się echem od ścian i ginie w ciemności. Panowie śledzą wzrokiem światełko latarki, które pokazuje im jamy nietoperzy, zalane szyby górnicze i groty gnomów. Zamieniają się powoli w małych chłopców, dziwią wszystkiemu z otwartymi ustami i dają prowadzić, gdzie tylko ją nogi poniosą. Po kilku kwadransach wychodzą z poluźnionymi krawatami. Elżbieta kredyt dostaje, musi tylko mieć 20 procent wkładu własnego. Więc skrzykuje rodzinę, która pomaga jak może. Jedni pożyczają, inni dają i nie chcą słyszeć o żadnym oddawaniu.

„Namawiając do palenia i picia obciążasz swoje sumienie” lub "W czasie pracy nie pytaj o godzinę, może być twoją ostatnią" – kreatywność autorów tabliczek nie znała granic! Wiele z eksponatów sprezentowali Elżbiecie Szumskiej turyści, fot. Dorota Ziemkowska, Money.pl

Nowa właścicielka kopalni zaczyna powoli wcielać w życie wszystkie fantastyczne wizje, które kilka miesięcy wcześniej zapewniły jej kredyt. Odkopuje zasypane szyby i odkrywa podziemny wodospad. Wypuszcza Podziemny Pomarańczowy Tramwaj, który wywozi gości na powierzchnię. Otwiera pod ziemią Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli, w którym pokazuje najbardziej absurdalne tabliczki, jakie można sobie wyobrazić. Ot, chociażby: „Rolniku daj krowie, krowa da tobie”. Turystom się to podoba i coraz chętniej zostawiają tu swoje pieniądze. Dawni właściciele, od których Szumska odkupiła biznes, mogą patrzeć z zazdrością. Im się nie udało.

Trasa tramwaju ma 300 metrów długości, fot. Dorota Ziemkowska, Money.pl

Ledwie w 1996 roku otworzyli starą kopalnię złota dla turystów, już rok później Powódź Tysiąclecia przewaliła się przez Dolny Śląsk. Był lipiec, szczyt sezonu, a żaden gość nie mógł do nich dojechać. – Straty były gigantyczne – wspomina Elżbieta, która dobrze wie, co się wtedy działo w kopalni, bo od samego początku pracowała tam jako przewodnik.

Po tym ciosie z 1997 roku duch w przedsiębiorcach upada. - Stają się niecierpliwi, bo obiecali udziałowcom pieniądze, a tu same straty. Ciągną interes kilka lat, ale bez serca, bez pomysłu. Wreszcie wystawiają to wszystko na sprzedaż, ale miesiące mijają i jakoś nikt nie jest zainteresowany. Wtedy pomyślałam: a może ja bym to kupiła? - wspomina Elżbieta Szumska. Była pewna, że to będzie interes życia. Zaledwie po pięciu latach, kiedy kopalnia zaczęła na siebie zarabiać, wiedziała już na pewno, że się nie myliła i jej pomysł na biznes zadziałał.

Niechęć

_ „Od kilku lat w naszej ofercie znajdziecie państwo zwiedzanie ekstremalne. To na przykład gra w podchody w ciemnych korytarzach lub... rejs łódką Titanic. Prekursorami tej rozrywki była grupa biznesmenów, która wynajęła ją sobie z przewodnikiem w ramach imprezy firmowej. Cichcem musiał się polać alkohol, bo panom zebrało się w pewnym momencie na balety. I, jak się państwo domyślacie, większość wylądowała w wodzie. A temperatura wody niska, cztery stopnie. Do dna jest półtora metra w najgłębszym miejscu, więc najedli się strachu. Jakiś czas później w kasie szwagier któregoś z pamiętnych gości chciał koniecznie wykupić rejs łódką Titanic, tak się spodobało. Wracał potem kilkakrotnie i tylko znajomych nam zwoził.” _

Turyści może tak, ale miejscowi na początku bardzo nie lubią Elżbiety. Bo ona wie, jak wykorzystać pieniądze, które zarabia. Jedzie na wakacje do Peru, Boliwii, wspina się na Klimandżaro. W Nepalu wsiada do łódki z tubylcami i łowi piranie na żywe mięso. Kupuje samochód terenowy, lepszy i większy niż mają inni, to szepczą po kątach. Dzieciaki w szkole nie przyznają się, że to ich matka jest tą „potentatką”, bo koledzy i nauczyciele patrzą na nich spode łba.

Kiedy w 2010 roku właścicielka kopalni zaczyna mieć problemy z urzędnikami, nikt z miasteczka nie staje po jej stronie. A sprawa robi się na tyle poważna, że kopalni grozi bankructwo. – Urząd wyliczył, że musimy zapłacić miastu 50 tysięcy złotych podatku od podziemnych korytarzy. To tylko za ostatni rok, a do tego dochodził zaległy z ostatnich pięciu lat. Plus odsetki! To było w przybliżeniu tyle, ile wynosi nasz roczny zysk. Ta suma mogła nas pogrążyć – wspomina biznesmenka.

Burmistrz jest twardy. - Nie mogę tego odpuścić. Ktoś mógłby mi zarzucić zaniechanie lub nawet działanie na szkodę gminy - tłumaczy na łamach Klodzko.Naszemiasto.pl.

Szumska wydzwania do właścicieli sztolni w całym kraju. I czego się dowiaduje: że będzie niechlubnym precedensem, bo jak Polska długa i szeroka, tak nikt za takie rzeczy nie płaci. Z prostej przyczyny: otóż podziemne chodniki nie są objęte prawem budowlanym, które nakłada podatek na przykład na restaurację czy posesję (to akurat Ela wie, bo posiada obie i nie uchyla się przed tym niemiłym obowiązkiem).

Zamiast tego właściciele płacą 2 procent od wszystkich urządzeń i instalacji umieszczonych pod ziemią. Na przykład od elektryczności lub schodów. To i tak są grube tysiące. Szumska liczy, że ją by to kosztowało 40 tysięcy złotych rocznie.

Złotostoccy urzędnicy idą w zaparte i sprawa trafia przed sąd. A ten uznaje, że to Elżbieta ma rację. Bierze pod uwagę orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego sprzed kilku miesięcy, który zadecydował, że podziemny chodnik to nie nieruchomość. A więc nie trzeba za niego płacić. Biznesmenka świętuje, ale mieszkańcy wydymają pogardliwie wargi. Woleliby, żeby powinęła jej się noga.

Atmosfera w miasteczku robi się nie do wytrzymania. W końcu przyjaciel mówi do Elżbiety: „Ty pokaż ludziom, że kasa z kopalni nie idzie tylko dla ciebie. Bo na razie to, bądźmy szczerzy, skąd oni mają to wiedzieć?”

Szumska zaczyna więc organizować msze barbórkowe w kopalni. – Niemal tysiąc lat tradycji górnictwa w regionie, a dotąd nikt nie był zainteresowany, żeby tu hucznie obchodzić Barbórkę – uświadamia sobie ze zdziwieniem. Wwozi pod ziemię ograny, zaprasza księdza. Schodzi się pół miasteczka, nawet byli pracownicy kopalni, starowiny. Na początku przychodziło ich koło dwudziestu, ostatnio nie było więcej jak ośmiu. Elżbieta na surowych, kamiennych ścianach rozwiesiła wyjściowe mundury tych, co zmarli. Rodziny jej przyniosły. „Szefowo, pani sobie to jakoś wykorzysta” – głos im się łamał.

Elżbieta Szumska pokazuje jeden ze swoich największych skarbów - drewnianą pralkę,
fot. Dorota Ziemkowska, Money.pl

Ale ona czuje, że to jest mało. Jedna impreza w roku, a potem ludzie znów wracają do domów i do uprzedzeń. Wtedy otwiera Izbę Pamięci Górnictwa i Hutnictwa, w której pokazuje pamiątki z regionu: guziki od mundurów, żelazka, drewnianą pralkę (prototyp!), obrazy, pocztówki, monety... I drewnianą kurę.

Do 1945 roku ta wielka rzeźba zdobiła automat ze słodyczami przed kamienicą w samym centrum Złotego Stoku. Niemieckie dzieciaki wrzucały monetę i wypadał spod niej cukierek. Przyszły lata 50. i kura zniknęła jak kamfora. Elżbieta szuka jej tak, jak wszystkich innych skarbów do swojego muzeum. Puka ludziom do drzwi: „Dzień dobry, Ela Szumska jestem, mogę pobuszować państwu po strychu?” Jednej parze wystaje na ganku co kilka miesięcy, kusi nagrodą, aż w końcu przypominają sobie, że kura to właściwie leży sobie spokojnie u nich w piwnicy na półce.

Właścicielka kopalni nachodziła się za tą kurą długie miesiące, fot. Dorota Ziemkowska, Money.pl

Najdłużej zwodzi ją pani Marta, która ma w Złotym Stoku skup złomu. Właścicielka kopalni długimi miesiącami nęka ją o to, żeby chociaż kwadrans móc sobie pobuszować po tym terenie. Kiedy się wreszcie udaje, czas szybko mija i Elżbieta z garścią porcelanowych skorup wije się przy wyjściu: „Pani Marto, proszę, jeszcze z dziesięć minut, pani ma tam takie skarby!” – „Innym razem” – odpiera tamta krótko. Ten „inny raz” nadchodzi dopiero za pół roku. Ale pani Marta, czujna, już na wejściu rzuca: „Strata czasu. Ja już wszystko przekopałam. Wzięłam spychacz i całą górkę zjechałam. Tam nie ma żadnego skarbu!”

Bajanie

_ „Kopalnia to bajeczne miejsce, pełne fantastycznych stworów, ale i zagadkowe. Niektórych tajemnic do dziś nie udało się rozwikłać. Jak bowiem wytłumaczyć, że po 700 latach wydobywania złota w tym regionie w _ _ 1962 roku, ni z tego, ni z owego, „odgórnym zarządzeniem” zostaje zamknięta? Więcej nawet, zabiera się stąd sprzęt, korytarze zasypuje. To dziwne, bo przecież nic nie zwiastowało problemów. Złoto przecież wciąż tutaj jest. I to nie mało! W latach 90. KGHM zrobił pomiary i co się okazało? Że w tutejszych górach jest jeszcze ponad 30 ton kruszcu. Mówi się, że kopalnię pogrążyli Szwedzi. Tak bardzo zbili ceny rud arsenowych, z których wydobywało się tutaj złoto, że nikt już nie chciał kupować od Polaków. Było za drogo. Ale czy to jedyny powód? Krążą opowieści o tajemniczym korytarzu, który miał stąd prowadzić aż do Wrocławia, o ukrytym niemieckim skarbie... Czasami widzimy grupki nieznajomych, którzy buszują po lesie w pobliżu i czegoś szukają.” _

Na kilka lat przed otwarciem kopalni dla turystów Elżbieta schodzi samodzielnie do podziemnych korytarzy i spaceruje nimi długimi godzinami. – Od małego najlepiej się czułam pod ziemią i tam, gdzie jest zimno, ciemno – śmieje się.

I wspomina: ma siedem, może osiem lat, kiedy wchodzą z bratem na wioskowy cmentarz niedaleko rodzinnego domu i wślizgują do starej krypty. Mała Ela chodzi na palcach, bo jej brat naopowiadał, że ze studni w rogu wylezie jakieś paskudztwo, jeśli wrzuci tam chociaż kamyk. To nie jest ich pierwsza wizyta w tym miejscu. Wracają tu bez przerwy, bo wciąż brakuje im wszystkich fragmentów ozdoby, którą składają - kiedy trumna butwieje, odpadają od niej po kawałku metalowe okucia, które składa się potem w domu lepiej niż puzzle!

Ta scena od razu staje jej przed oczami, kiedy tuż przed otwarciem pierwszego turystycznego chodnika w kopalni dzwoni do niej znajomy i mówi, że szukają przewodników. Dobrze wie, ona już teraz mogłaby tam oprowadzać z zamkniętymi oczami.

A Elżbieta od razu chce zostać tym przewodnikiem. Za dnia kopie buraki cukrowe, wieczorem kładzie dzieciaki spać i uczy się z książek geografii, historii regionu, architektury... Potem musi oprowadzić po tunelach właściciela kopalni tak, żeby ją przyjął.

Na początku się popisuje. Sypie datami i nazwami jak z rękawa, ale po twarzy słuchającego widzi, że to na niego nie działa: a to poziewa, a to rozgląda się po ścianach. Dobrze, że to jej znajomy bo kto wie, może by nie dostała tej roboty? Musi minąć kilka tygodni, żeby Elżbieta uświadomiła sobie, że turyści są jak dzieci spragnione rozrywki. Trzeba ich postraszyć gnomem, skusić ukrytym skarbem. Kiedy staje przed nią grupa zwiedzających, ona wspina się na kamień i zaczyna scenicznym szeptem: „Chcecie zobaczyć coś fascynującego? Ale to będzie niebezpieczne. Nie boicie się? No, to chodźcie”.

Gdy o kopalni robi się głośniej i przyjeżdżają do niej dziennikarze, właścicielka konsekwentnie roztacza i przed nimi tę aurę tajemnicy. Udzielając jednego z pierwszych wywiadów lokalnej gazecie bezceremonialnie oświadcza, że teraz zamierza szukać skarbów. Ledwie materiał się ukazuje, dzwoni do niej smutny anonim: „A pani jest chyba życie niemiłe, co? Jak pani nie zostawi tych korytarzy w spokoju, to będzie wypadek. Słyszy pani? Wypadek. Nie boi się pani o dzieci? A powinna”. Szumska drapie się po blond czuprynie w takt sygnału w słuchawce i nie bardzo wie, co ma o tym wszystkim myśleć. W końcu uznaje, że chyba najzdrowiej będzie nie myśleć o tym wcale.

Proza życia

_ „Złoty Stok ma na swoim koncie kilka ofiar. Mówi się, że w jednym z korytarzy, który nazywamy chodnikiem śmieci, karano górników, których podejrzewano o kradzież złota. Kaźń była okrutna. W ścianach kuto dziury, murowano w nich ręce skazańców i zostawiano ich na powolną śmierć, podgryzanych przez szczury. Ich jęki niosły się w ciemności długimi tygodniami. Niektóre ofiary naszej kopalni znamy z nazwiska! Chociażby... Napoleon. Przeciwnicy cesarza podtruwali go cichcem maleńkimi dawkami arszeniku, który pochodził właśnie stąd! Paradoksalnie okazało się jednak, że ten kontakt ze Złotym Stokiem tylko mu wyszedł na dobre. Bo dawki nie były śmiertelne, a zażywane często, tylko uodporniły go na truciznę.” _

Dziś Elżbieta chodzi jak struta. Bo od 2,5 roku czeka na pozwolenie na dzierżawę jednej działki w pobliżu kopalni. Uparła się na nią, bo na tej ziemi, w lesie, trafiła na zasypaną sztolnię, w której bije źródło wody mineralnej. – To prawdziwy skarb! – przekonuje. – A przy okazji może jakiś pomysł na ratunek przed ciężką zimą?

Bo sezon turystyczny w kopalni jest krótki – trwa od kwietnia do października. Potem mało kto przyjeżdża i z ponad stu osób zatrudnionych, trzeba na te pół roku zwalniać blisko sześćdziesiąt. – Bogiem a prawdą, to powinnam dziewięćdziesiąt, wtedy nie musiałabym brać kredytu co roku, żeby przetrwać do wiosny. Ale jak tak można traktować ludzi?

Kopalnia złota jest jedynym dużym pracodawcą w regionie. Alternatywą jest kasa w Biedronce lub wyjazd za granicę. Kto się tu zaczepi, chce siedzieć jak najdłużej.

Kilka lat temu Ela miała u siebie młodego chłopaka. Zdolny, namalował jej projekt maskotki – zębatego nietoperza. Zamknięty w sobie, bo go ojciec zostawił, matka i ciotka obie się zabiły. Ale znalazł dziewczynę i jakoś układał to swoje życie. Kiedy przyszedł październik, powiedziała mu, jak 59 innym osobom: „Do zobaczenia za kilka miesięcy!” Nigdy go już nie zobaczyła, w listopadzie popełnił samobójstwo.

Również z powodu pamiętnego gnoma, pana Gienka, Elę dopadają czasami wyrzuty sumienia. Bo kiedy zachorował i poszedł na urlop, to go nie odwiedziła, a on już nie wrócił. Rodzinę nic nie obchodził, zapomnieli jej donieść, że leży w szpitalu nie na kontrolę, ale bo jest z nim źle i umiera. - Uroczy był – Ela wspomina do dzisiaj.

Tamtego dnia, gdy oprowadzała sceptycznego profesora i natknęła się na pana Gienka szukającego świec, zamykała już biuro, gdy z kopalni przewodnicy wynieśli kosz gruszek. To turyści zostawili go gnomowi za skałą.

Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(0)